Gauczo – uzupełnienie

Jakiś czas temu opisana została na niniejszych łamach gra “Gauczo” (https://pyszotok.wordpress.com/2015/03/23/gauczo/). Okazuje się, że pomysł na tę grę nie przyszedł mi do głowy sam, lecz przeczytałem go w jakiejś argentyńskiej gazetce, tylko o tym zapomniałem. Jednej z czytelniczek udało się odgrzebać oryginał tekstu, który niniejszym prezentujemy.

Ayer me vino a la cabeza una idea de un juego que llamaré “Gaucho”. Podría ser algo así
como un juego de cartas o un juego de rol, o aún más probablemente, un juego de la imaginación o más bien un juego social, algo similar al “pistolero”. No se sabe si el juego
tiene cualquier mecánica. Lo único que sucede durante todo el juego es que una persona del equipo saca un cuchillo. Esto se podría llevar a cabo mostrando una carta especial, mediante una acción predefinida o de cualquier otra manera, porque cuando el jugador saca el cuchillo, no tiene la obligación de informar a otros jugadores de su hecho o de manifestar esto de ninguna manera.

Las instrucciones aparecen en una libreta pequeña, empezando con una pequeña historia (6-10 páginas) sobre los gauchos argentinos batiéndose en duelo. El relato tiene un clima que recuerda a una de las historias de Borges sobre gauchos, por ejemplo “El Sur”. Después de esto, podría haber una descripción de las reglas.

Una variante del juego consiste simplemente en contar una historia. En un momento, alguno de los jugadores puede decir “esta persona sacó un cuchillo” (pero eso no tiene que ser resaltado o enfatizado de ninguna forma, tampoco el momento de decirlo tiene que formar un punto central del cuento), y el cuento continúa hasta el momento en el que los jugadores deciden que acaban de contarlo. Para las personas que no participan en el juego (y que no conocen las reglas) puede no estar claro que el hecho del sacar el cuchillo es un componente clave.

Mientras los jugadores cuentan una historia y uno de ellos dice que se ha sacado un cuchillo, incluso si ha sido una manera suave, natural y con calma, todos los participantes sentirán suevamente una tensión o una chispa (“¡Ah, han sacado el cuchillo!”). En realidad, el único objetivo y el tema del juego es este ligero, sutil sentimiento del momento, sintiendo y estudiando cómo se crea esta sensación.

Advertisements

Wielki umysł

[z: Jeremy Hairer “Guerrilla and the Mind at Large: 10 Essays on Epistemology”]

Every man has two minds, the small mind and the large mind.

The Unknown cannot be described in any words – any such description would be made from the outside (i.e. from the vantage point of the Known), already replacing the Unknown with something familiar. The Unknown can only be experienced from the inside, as in childhood. A child has only a very vague notion of “childhood”, but it does not prevent it from experiencing the present intensely.

Definitions exist only to tame the Unknown. But it is only the small mind that fears the Unknown. The large mind does not fear it because it IS the Unknown.

If epistemology is “the theory of human cognition”, it presumes some definition of “human” (it is a theory of something, meaning there is something else of which it’s not a theory). Such a definition must, at least partly, rely on a biological basis; it will be, as all definitions, completely arbitrary. It artificially cuts a part out of the only thing that literally EXISTS, the tumultous total stream of experience, differentiating it into X and not-X.

“But, does such a thing as <<the total stream of existence>> even exist? Is it not just an abstract concept?”. Well, for sure there exists the total sum of all things (feelings, sensations [esp. sexual], perceptions, thoughts, etc.) experienced by all sentient beings ever in existence. “But, this totality is never experienced in itself! No one ever experienced <<the collection of all experience>>. Isn’t that just an empty word? Something that exists in a very weak sense, if at all, not like the capital letter EXIST?” Well, what can we say? Heh heh heh.

Every honest epistemological theory must reach this “heh heh heh” moment eventually. The only points where (good) theories differ are: a) is the “heh heh heh” serene or hysterical?; b) is there anything after the “heh heh heh” or not. In some epistemological situations (e.g. a Soviet soldier laughing with contempt and firing at Polish officers in Katyń), there is clearly some follow-up. At other times (e.g. various branches of postmodern thought), there is none.

[Note that the above text is dishonest. By abruptly dismissing the issue “whether the total stream of experience exists or not”, it tries to trick the reader into thinking that it itself is a “type 2” theory (one when there is no follow-up to “heh heh heh”). But this is plainly false, since there is a follow-up – the last paragraph. Motherfuckers!]

KKSS: Kącik Konesera Subtelnych Sytuacji, cz. VII (Rower)

Artur pożycza Krzyśkowi rower na dwa tygodnie – Artur nie będzie w tym czasie z niego korzystał, a Krzysiek jedzie na wycieczkę. Ponieważ rower jest porządny i drogi, wolą z góry umówić się na odpowiedzialność w przypadku kradzieży lub tego rodzaju wypadku.

A: Umówmy się prosto, rower kosztował 3000 zł, jeśli Ci go ukradną czy coś, to po prostu oddajesz mi kasę i jesteśmy kwita.
K: OK, ale powinienem Ci oddać mniej niż te trzy tysiące.
A: Jak to?
K: Jak rower stoi u Ciebie w piwnicy, to też jest niezerowe ryzyko, że ktoś Ci się włamie i go ukradnie. Więc nie powinienem Ci oddawać 3000, tylko zmonetyzowaną [Krzysiek rzeczywiście użył tego słowa – przyp. red.] różnicę między ryzykiem sytuacji, kiedy mi go pożyczasz, a ryzykiem, kiedy stoi u Ciebie w piwnicy. Czyli wisiałbym Ci nieco mniej niz te 3000 zł.
A: Przecież szansa, że mi go zwiną z piwnicy przez te dwa tygodnie, jest jakaś mikroskopijna.
K: No tak, ale jednak dla zasady – to będzie symbolicznie, ale wciąż mniej niż trzy tysiące…
A: Weź już nie cwaniakuj, wcale nie muszę Ci pożyczać tego roweru, będziesz mi jakieś głupimi kalkulacjami wymachiwał…

Czy Artur ma rację, opryskliwie najeżdżając na Krzyśka za jego domorosły “case” zarządzania ryzykiem?

Co do zasady Krzysiek ma oczywiście rację. Jak rzeczywiście “zmonetyzować” różnicę ryzyka, nie jest jednoznaczne, może to być rzeczywiście zupełnie symboliczna kwota rzędu 10 zł (wtedy Artur raczej ma rację, że nie ma sensu się o to szczypać, a taką symboliczną kwotę można wliczyć w rozmyte koszty i rozliczenia związane z koleżeństwem), ale niekoniecznie. Może się np. zdarzyć, że mimo deklaracji Artur zmieniłby zdanie i korzystałby w tym czasie z roweru jeżdżąc nim po mieście i wtedy ryzyko wzrasta. Może do ekwiwalentu 100 zł, kto wie? To już nie są małe pieniądze.

Aksjologicznie postawa Artura nie jest jasna. Nie wiadomo, czy odrzuca kalkulacje Krzyśka kierowany podwórkowymi zasadami (“znajomi się tak nie rozliczają”), co może budzić pewną sympatię, czy ze zwykłego dbania o swój interes, bo po prostu w razie czego woli dostać więcej kasy, a zarzut “cwaniakowania” jest wygodną zasłoną dymną. Z kolei podejście Krzyśka można – bardziej przychylnie – interpretować jako uczciwą zasadniczość czy pewne “overthinking” spraw, które znajomi załatwiają intuicyjnie, albo też – mniej przychylnie – jako przejaw trendu “ubiznesowiania” zwykłych ludzkich spraw, kiedy oparte o więź wymiany zmieniają się w zimne transakcje możliwe do zamknięcia w liczbowe rozrachunki.

Przeszłość relacji Artura i Krzyśka rzuca na spór nowe światło. Otóż kiedyś Artur pożyczył Krzyśkowi na wyjazd aparat cyfrowy. Krzysiek zrobił nim zdjęcia, które przyniosły mu pewną popularność, a nawet jedną czy dwie komercyjne oferty (nie wchodzimy tu w szczegóły, sytuacja miała dodatkowy koloryt). Słusznie czy nie, Artur czuł, że w pewien sposób należy mu się “mała cegiełka” minisukcesu Krzyśka (“mała cegiełka minisukcesu” to naprawdę mało…). Choć to raczej nie Artur-jako-całość, lecz odszczepiony od głównego rdzenia jego jaźni zadzrosny głos, będący pozostałością po niedointegrowanych doświadczeniach z wczesnej młodości (“jak odłamki z metalowego ostrza”). Zanim jednak zlekceważymy irytację Artura jako “wytłumaczalną psychologicznie, nic ciekawego”, popatrzmy na chwilę na Krzyśka. Krzysiek jest typem człowieka, który “zawsze musi mieć rację”. Wbrew temu, co może sugerować precyzyjna analiza ryzyka, nie jest przy tym tytanem intelektu – owszem, ma trochę oleju w głowie, ale nie tyle, ile mu się samemu wydaje. Wkurzający są tacy ludzie, nie?

Artur pożycza Krzyśkowi rower. W trakcie wyprawy Krzysiek ginie potrącony przez samochód. Arturowi jest bardzo przykro, ale ponieważ rower był drogi, próbuje wyegzekwować te trzy patyki (a właściwie, w hołdzie dla Krzyśka, odrobinę mniej) od rodziny zmarłego!

Całe szczęście to się tylko Arturowi przyśniło. Budzi się rano z niesmakiem, że jakaś podziemna jego część jest tak wyrachowaną, i widzi na telefonie nieodebrane połączenie od Krzyśka. Podejmuje decyzję, czy w końcu pożyczyć ten rower, czy nie, i wybiera jego numer.

A: Cześć, to ja w temacie roweru…
K: Sorry stary, już nieaktualne. Wczoraj się poślizgnąłem i kostkę skręciłem. Chujnia, no niestety nici na razie z tej wycieczki. Sorry za zawracanie głowy z tym rowerem.

KKSS: Kącik Konesera Subtelnych Sytuacji, cz. VI (Dylan)

W trakcie spotkania towarzyskiego ktoś (osoba A, w wieku ok. 60 lat) daje dłuższy wywód na temat Boba Dylana i Bułata Okudżawy. Punktem wyjścia jest konstatacja, że jeśli ktoś twierdzi, że w Związku Radzieckim nie słuchano Dylana, to nie wie, o czym mówi. A tłumaczy, że rozumie Wysockiego, Okudżawę czy Biczewską, bo sam przez 35 lat mieszkał w komunistycznym kraju, ale rozumie też Dylana, bo przez kilka lat żył w Stanach. Potem następuje tyrada o tym, że jeśli ktoś nie wychylił nosa poza Związek Radziecki, to nie ma pojęcia, jakie były problemy społeczne w USA w latach 60. itd. Powoli A zaczyna odpływać, twierdzi, że wie dobrze, o czym mówi, bo walczył przeciwko generałowi Franco w hiszpańskiej wojnie domowej, i tym podobne stwierdzenia. Budzi to niedowierzanie słuchaczy, osoba B mówi po spotkaniu do osoby C, niepewnie: “Wiesz, poczułem się tam dość nieswojo, aż potem sprawdziłem na wszelki wypadek, kiedy skończyła się ta wojna domowa…”. C sam nie wie, co o tym myśleć.



Cała sytuacja okazuje się być zaaranżowana po to, żeby zryć banię osobie C – A i B odgrywają ustalone role (łącznie z tym komentarzem o sprawdzaniu, kiedy wojna się skończyła), reszta tłumu też jest podstawiona. C dowiaduje się o tym jakiś czas później z książki poświęconej tego typu sytuacjom, gdzie ten schemat “załatwiania delikwenta” jest szczegółowo opisany. Na okładce książki widnieją bardzo schematycznie przedstawione różne rodzaje ptaków. Potem okazuje się, że książka opisuje tak naprawdę czysto fikcyjne sytuacje. Całe to spotkanie w ogóle nie było aranżowane w celu rycia komukolwiek bani, a ludzie nie byli podstawieni – ci goście po prostu są pogięci i tyle.

Instynkt ofiary

Wiele się słyszy o tym, by w życiu ufać własnej intuicji, w ważnych sprawach kierować się instynktem, a nie rozumem. Sugerowane są różne techniki ułatwiające dotarcie do tych źródeł: skupienie na ciele i emocjach, medytacja, seksualność, ezoteryczne podróże, powrót do “korzeni” i czerpanie z energii żywiołów i Matki Ziemi etc. Rzadko jednak wspomina się o prostym sposobie odwołującym się wprost do pierwotnego instynktu – jeździe komunikacją miejską bez biletu.

Człowiek był w przyrodzie jednocześnie drapieżcą i ofiarą. Natura wyposażyła go instynkt ofiary, szósty zmysł ułatwiający wykrycie skradajacego się drapieżnika i szybką ucieczkę.

Kto jeździł regularnie bez biletu, tego nie trzeba przekonywać, że szybko można nauczyć się instynktownego rozpoznawania, kto z wsiadających może być kanarem i kiedy należy wysiąść lub przynajmniej przemieścić się na przeciwny koniec tramwaju. Są pewne typowe zewnętrzne oznaki – zdeterminowana, acz pozbawiona głębszego wyrazu twarz, torba na ramieniu, kanar nigdy nie siada itd. – jednak zasadniczo proces opiera się na intuicji, nie daje się do końca zalgorytmizować. Za darmową jazdę i dreszcz emocji płacimy oczywiście fałszywymi pozytywami, kiedy wysiadamy w popłochu przed Bogu ducha winnym pasażerem. Zazwyczaj też nie dowiadujemy się o pomyłce (autobus odjeżdża szybko, często zanim podejrzany pan wyciągnie, lub nie, odznakę kontrolera), więc tej intuicji nie da się kalibrować (co jest skądinąd właściwym, gdyż instynktu kalibrować nie należy).

Należy zaznaczyć jedną rzecz, która wielu miłośnikom tematu się nie spodoba, ale trudno. Otóż owo, trochę śmieszne, unikanie kanara absolutnie nie ma żadnego wymiaru duchowego. Kanar nie jest przedstawicielem mistycznej karzącej, pryncypialnej siły stanowiącej przeciwwagę dla twórczego chaosu i witalności ludzkiej rasy etc. Domorosłym kabalistom odradzamy podporządkowywanie kanara pod sefirę Gewura (hebr. srogość). Jazda bez biletu ma oczywiście wymiar moralny (w pewnym sensie okradamy przewoźnika), nie ma to jednak duchowego ciężaru charakterystycznego dla chrześcijańskiego pojęcia grzechu, wschodnich koncepcji karmy itd. Uciekając przed kanarem nie stajemy się metafizycznym awanturnikiem, jakimś Lokim czy Hermesem warszawskich tramwajów, anarchistycznym tricksterem dekonstruującym ideę wymiany dóbr za pieniądze. Po prostu nawiewamy przed najemnym facetem i jeśli będziemy biec za wolno, otrzymamy karę pieniężną w wysokości 266 zł (159,60 zł w przypadku uiszczenia opłaty bezpośrednio na miejscu kontroli).

Wyobraź sobie cegłę i rozpieprz nią szybę w tramwaju…

Szachownice

Wyobraźcie sobie szachownicę z jadalnymi bierkami zrobionymi z czekolady. Białe z białej, czarne z czarnej. Kiedy zbijasz przeciwnikowi bierkę, musisz ją zjeść. W jakim sensie “musisz”? Są tak dobre, że nie sposób się oprzeć? Taki jest zwyczaj?

Odpowiedź jest prosta – z bierką nie ma co innego zrobić! Cała szachownica jest bowiem obudowana szczelnie ze wszystkich stron i od góry dyktą, są jedynie wycięcia na ręce i głowy graczy, coś jakby dyby. Po  prostu fizycznie nie ma gdzie odłożyć zbitej bierki ani zrobić z nią cokolwiek innego, niż włożyć sobie do ust.

Z patelni

p1_2Miłośnikom omletów i naleśników polecamy zastanowienie się choć raz nad dzielącymi je rożnicami. Nie chodzi o oczywiste różnice w smaku, konsystencji, składnikach etc., lecz raczej o rejestrowane różnice w “jakości bycia omletem” w kontraście do “jakości bycia naleśnikiem” (na podobieństwo sposobu, w jaki odbieramy swoistość znanych nam ludzi).

Naleśnik, jako przyrządzany z jajek, mąki, wody i mleka, jest bardziej złożony od czysto jajecznego omletu. Ma więcej parametrów, więcej “pokręteł”, za pomocą których można zmieniać konsystencję, zależnie od tego, czy lubimy bardziej pulchny, czy cieńszy itp. Przy omlecie można co najwyżej dolać wody, żeby był bardziej chrupiący, ale balans i tak jest mniej skomplikowany. Omletu z kolei nie da się przewrócić na patelni za jednym zamachem, bo jest na to zbyt miękki. Kojarzy się to trochę z grą (powiedzmy, strategią w klimacie fantasy), w której można grać dwoma królestwami. Jedno z nich ma mniej opcji – np. nie można rozbudowywać kuźni, w ogóle nie dysponuje magią, potrzebuje mniejszej palety surowców do rozbudowy miast – ale też gra nim jest prostsza i “miększa”, być może łatwiejsza dla początkujących. Co nie oznacza, że jest gorsze od drugiego – dysponuje przecież np. ciężką piechotą, która dobrze się okopuje w trudnym terenie etc.

Snując takie skojarzenia smakowiciej jest nie popadać w arbitralne “domyślanie osobowości do rzeczy, które jej nie mają” czy subtelną scholastykę, o jakiej wspomina Claude Levi-Strauss w “Smutku tropików” (“uzasadnić dialektycznie aprioryczną wyższość tramwaju nad autobusem”). Zatrzymujemy się po prostu na “analizie tego, co jest bezpośrednio dane [“na patelni”, podpowiada goblin]”.

Nieco zabawne jest porównanie omletu i jajecznicy czy jajka sadzonego, które składają się przecież z tej samej substancji, tylko inaczej zmieszanej, a zupełnie różnią się smakiem i konsystencją. Ma to posmak delikatnego kawału. Trudno o analogię tego mikrozjawiska w przypadku naleśnika – kojarzy się z innymi rodzajami jadła, jak placki czy tortilla, gdzieś na obrzeżach świadomości błyskają jakieś kasze, ale żadno z tych skojarzeń nie jest zbyt dobitne. Dalsze, mniej znaczące wyrazy tego szeregu: omlet jest trochę bardziej swojski, naleśnik jest bardziej jak najeżony młody oficer (można do niego włożyć więcej nadzienia – prowadza się z wieloma damami?). Albo odwrotnie – omlet jest jak pulchne dziecko, naleśnik jest starszym, poważniejszym bratem, z bardziej złożonym życiem wewnętrznym. Tu już robi się bardziej subtelnie, właściwie nie wiadomo, czy to tam rzeczywiście jest, czy czegoś nie zmyślamy (trochę jak przy chodzeniu po lodzie, kiedy wzmożona czujność zaciera granicę między rzeczywistymi krokami a wyobraźnią).

Czy smażąc i jedząc omlety i naleśniki myślimy o różnicach na takim poziomie? Raczej nie. Czy to wszystko jest “gdzieś” zapisane? Zdecydowanie tak.